Centrum kosmetyczne jakich w Krakowie mnóstwo. Jasne ściany, dużo światła, wrażenie sterylnej czystości. Wchodzę. Pani z recepcji omiata mnie obojętnym wzrokiem. Ani dzień dobry, ani witamy, ani pocałuj mnie w dupę. Podchodzę i wyjaśniam powód przyjścia. Słyszę beznamiętne "proszę usiąść". Domyślam się, że na kanapie, która stoi nieopodal. Rozglądam się. Wieszaka nie dostrzegam więc trzymam kurtkę i sporą torbę na kolanach. Staram się ograniczyć do minimum zajmowaną przestrzeń, bo obok zajęła już pozycję inna amatorka cielesnych przygód.
Mija wyznaczona godzina wizyty, już 15 minut kontempluję drzwi od toalety. W desperacji zaczynam przeglądać jakąś badziewną, kolorową gazetę. Pani zza biurka lawiruje między telefonem i drzwiami gabinetów. Czuję się jak powietrze. Wrażenie to potęguje pojawienie się nowej klientki. Stałej bywalczyni, zaprzyjaźnionej z personelem. Pani blond recepcjonistka nagle się ożywia, wita nowo przybyłą po imieniu, proponuje kawę, ciasteczko, zabawia konwersacją.
A ja siedzę i czekam. W końcu z gabinetu wychodzi bardzo miła pani doktor. Przeprasza za spóźnienie i prosi o jeszcze chwilę cierpliwości.
Ale niesmak pozostaje. Zastanawiam się, jak to jest. Czy nowy klient to gorsza, mniej opłacalna kategoria? Korzystniej jest bazować na nielicznym gronie wiernych klientów niż stale poszerzać grupę odbiorców usług?
Nie zasłużyłam na kawę, ciastko, a nawet na uśmiech. Zapłaciłam i wyszłam. Więcej nie wrócę.
Myślę, że to po prostu brak wyobraźni. Dziewczyna pewnie nie ma świadomości jak jej zachowanie odbierają klienci. A najlepszej jest to, że gdybyś postanowiła ją uświadomić, pewnie nazwałaby Cię wredną babą co się czepia:)
OdpowiedzUsuń