niedziela, 18 grudnia 2011

Zasoby ludzkie

Istnieją różne typologie klientów: zwierzęce, taneczne czy indiańskie (apacze niewzruszenie zajmują wysoką pozycję). Przyporządkowanie danego osobnika do określonej kategorii ma pomóc sprzedawcom nawiązać kontakt, wybadać i doprowadzić do szczęśliwego zakończenia, co niekoniecznie musi być jednoznaczne z wydrenowaniem portfela.

Przyzwyczaiłam się już, że jestem obiektem testowania różnych technik - czasem proces ten przebiega z rozczulającą nieporadnością. Bywa też irytująco nachalny.

Postawa sprzedawcy, jego wygląd, sposób mówienia wpływają na reakcję klienta. Z kim mam najczęściej do czynienia? Z moich obserwacji wyłonił się katalog charakterystycznych zachowań, które wymagają swoistej instrukcji obsługi:

Burczymucha - zasępiona mina i fochy przy próbie nawiązania kontaktu

Wazeliniarz - rozwodzi się nad zaletami, rozpływa w komplementach, używa zdrobnień i infantylnych porównań, stoi bardzo blisko i świdruje wzrokiem

Kaowiec - donośnie i ze szczegółami opowiada o imprezie u cioci, powodując gromkie wybuchy śmiechu; w międzyczasie przez telefon relacjonuje ostatnią randkę

Unika(t) - unika wzroku, robi wrażenie bardzo zajętego, z zapałem lustruje półki albo coś układa; nie ma czasu na rozmowę z klientem

Luzak - uśmiechnięty i przyjazny wręcz kumpelski, ochoczo nawiązuje rozmowę, robi wrażenie nieco "zakręconego"

Zimny profesjonalista - szczegółowo opowiada o cechach produktu, jest chodzącą ulotką informacyjną; bez przekonania rozwiewa obiekcje i zwykle jest zafiksowany na jedyny słuszny produkt

Entuzjasta - z zaangażowaniem prezentuje różne produkty, zachęca do dotknięcia, przyciśnięcia i wypróbowania, jest zadowolony jak inżynier testujący prototyp nowatorskiego urządzenia


Może dorzucicie jakieś własne typy?

wtorek, 13 grudnia 2011

Łyżka dziegciu w beczce miodu

Wpadłam kiedyś do sklepu Tchibo, żeby obejrzeć kolekcję ciuchów do biegania, chwaloną przez użytkownika branżowego forum. Trochę bez przekonania, bo to marka kojarząca się z kawą (której nota bene nie pijam).
Zapach mielonych ziarenek już z daleka wierci w nosie. Od wejścia klientów wita uśmiechnięty personel, chętnie doradza i rozwiewa wątpliwości. W sklepie panuje miła i przyjazna atmosfera.
Skusiłam się na bluzę i komplet bielizny. Pełna satysfakcja, również cenowa. Jeśli z jakiegoś powodu zakupiona rzecz nie spełni naszych oczekiwań, można zwrócić w ciągu 30 dni. Zdarzyło mi się skorzystać z tej możliwości. Ujęła mnie sprzedawczyni, która tłumaczyła krok po kroku, co robi, dlaczego musi odejść od kasy, czego mam się spodziewać, a na koniec nie omieszkała zaproponować zestawu dnia :)
Obsługa zasługuje na najwyższe uznanie. Od razu czuć, że klient jest tu najważniejszy. Czuć naturalną, niewymuszoną życzliwość, a nie sztuczne, automatycznie odtwarzane procedury.

Kolekcje w sklepach stacjonarnych zmieniają się co jakiś czas, ale niemal wszystkie produkty są nadal dostępne online.
Zamówiłam sprzęt do masażu, który miał być prezentem imieninowym dla członka rodziny. Wyświetlił się czas realizacji: 4-6 dni. Gdy paczka nie pojawiła się piątego dnia zadzwoniłam na infolinię Tchibo. Standardowa procedura - nr klienta, sprawdzenie danych i informacja, że paczka jeszcze nie wyszła z magazynu. I nie wiadomo, kiedy zostanie nadana. No cóż - pojechałam bez prezentu. Zdarza się, pomyślałam.
Dwa dni później dostałam maila:

Bardzo nam przykro, że realizacja zamówienia trwa dłużej niż
początkowo zapowiadaliśmy. Gdy tylko przesyłka opuści nasze centrum
logistyczne, zostaniesz o tym poinformowany pocztą elektroniczną.
W wyjątkowych sytuacjach może się zdarzyć, że wybrany przez Państwa
produkt nie jest już dostępny. W takich przypadkach zostaną Państwo o
tym poinformowani możliwie jak najszybciej.

Wkurzyłam się. Jak to możliwe, że nie wiedzą, co mają w magazynie? Sprawdziłam. Po wpisaniu do wyszukiwarki pokazuje się zupełnie inny, droższy produkt. Napisałam, co o tym myślę. Odpowiedź przyszła szybko:

Informujemy, iż otrzymaliśmy Państwa wiadomość i zostanie ona opracowana w najbliższym czasie.
Ze względu na zwiększoną liczbę zgłoszeń w stosunku do możliwości opracowania zapytań Klientów, udzielenie odpowiedzi może ulec opóźnieniu. Przepraszamy za zaistniałą sytuację.
Dziękujemy Państwu za cierpliwość i zrozumienie.

Nie będę cierpliwa ani wyrozumiała. Dziś mija jedenasty dzień od złożenia zamówienia. Jutro anuluję transakcję i kupię w innym sklepie.
Szkoda, że sklep internetowy psuje bardzo dobre wrażenie, na które pracują stacjonarne placówki Tchibo.

środa, 7 grudnia 2011

Cztery kąty

Zamiar powiększenia przestrzeni życiowej sprawił, że od jakiegoś czasu wertuję ogłoszenia o sprzedaży nieruchomości, zamieszczone w popularnych serwisach internetowych. Zaczynam od wyszukania interesujących mnie parametrów - dzielnica, liczba pokoi, rok budowy, można odpowiednio zawęzić kryteria. Potem przychodzi czas na przestudiowanie opisów i oglądanie zdjęć.
I tu zaczyna się droga przez mękę.
Część opisów jest tak najeżona szczegółami technicznymi, że po kilku linijkach tekstu (zwykle bez znaków przestankowych i akapitów), wszystko zaczyna się zlewać, inne z kolei zawierają tylko lakoniczne informacje typu: ciekawe mieszkanie, świetna lokalizacja. Moje ulubione to "umiarkowanie ciche". Czyli dość głośne.

Do tego dochodzą zdjęcia, które mają zachęcić do uważniejszego przyjrzenia się ofercie. I można sobie pooglądać, oj można. Klasyk to suszarka z bielizną w jednym z pokoi. Często zdarza się twórczy nieład w łazience, porozrzucane książki, zabawki, które sprawiają, że potencjalnie atrakcyjna oferta staje się odpychająca.

Na koniec największy hit. To samo mieszkanie sprzedawane jest przez różne agencje. Myślicie, że umieszczają inne opisy czy zdjęcia? Pudło. Oferta różni się tylko ceną. Czasem jest to ponad 50 tysięcy! Bądź czujny drogi kliencie i nie daj się wykiwać.

Zastanawiam się, czy agentom nieruchomości, którzy zamieszczają takie zdublowane oferty brakuje wyobraźni? A może podstawowej wiedzy sprzedażowej?

Moje doświadczenia z "prezentacji" mieszkań na żywo wcale nie są lepsze. Właściwie klient jest pozostawiony sam sobie, a wymuskany agent ogranicza się do wyrecytowania standardowych formułek. Często pod presją czasu, bo przecież następny klient czeka.



niedziela, 4 grudnia 2011

Na opak

Towaru na półkach jest tyle, że można dostać oczopląsu. Czasem produkty ustawione są warstwowo, tworzą gustowne wieże albo wyrafinowane, niezbyt stabilne konstrukcje. Ileż to razy zamierałam w obawie, że ta misternie obmyślona forma runie i narażę się na pełne politowania spojrzenia obsługi. Wiedziona doświadczeniem (z większych wpadek - mleko w szklanej butelce i słoik marynowanych cebulek), nauczyłam się prosić o pomoc uprzejmy personel: "Przepraszam, czy może mi pani wyjąć to czy tamto?" Bywa, że z satysfakcją obserwuję zmagania sprzedawcy z niesfornymi opakowaniami. Wiem - nieładnie, to taka zemsta za własną nieporadność:)

W każdym razie ma być dużo, jak w dyskontach, gdzie towar bierze się bezpośrednio z palety. Do takiej formy eksponowania towaru wraca chociażby Saturn. Na palety wróciły komputery i telewizory. Klient wchodzi i myśli - tyle tego, jak w hurtowni = taniocha.

A ja mam całkiem odwrotnie. Gdy widzę dużo towaru na półce tłumaczę sobie, że nie cieszy się powodzeniem, słabo schodzi, jak mówią handlowcy. Dużo bardziej atrakcyjne wydają mi się pojedyncze sztuki zalegające gdzieś w głębokich czeluściach. A jak już dorwę ostatnią butelkę, puszkę czy inny surowiec, mam poczucie dobrze wypełnionej misji. Rzecz jasna samotna butelka jest pociągająca tylko w licznym i różnorodnym towarzystwie innych towarów :)


sobota, 3 grudnia 2011

Kawa w nagrodę

Wizyta u dermatologa.
Centrum kosmetyczne jakich w Krakowie mnóstwo. Jasne ściany, dużo światła, wrażenie sterylnej czystości. Wchodzę. Pani z recepcji omiata mnie obojętnym wzrokiem. Ani dzień dobry, ani witamy, ani pocałuj mnie w dupę. Podchodzę i wyjaśniam powód przyjścia. Słyszę beznamiętne "proszę usiąść". Domyślam się, że na kanapie, która stoi nieopodal. Rozglądam się. Wieszaka nie dostrzegam więc trzymam kurtkę i sporą torbę na kolanach. Staram się ograniczyć do minimum zajmowaną przestrzeń, bo obok zajęła już pozycję inna amatorka cielesnych przygód.
Mija wyznaczona godzina wizyty, już 15 minut kontempluję drzwi od toalety. W desperacji zaczynam przeglądać jakąś badziewną, kolorową gazetę. Pani zza biurka lawiruje między telefonem i drzwiami gabinetów. Czuję się jak powietrze. Wrażenie to potęguje pojawienie się nowej klientki. Stałej bywalczyni, zaprzyjaźnionej z personelem. Pani blond recepcjonistka nagle się ożywia, wita nowo przybyłą po imieniu, proponuje kawę, ciasteczko, zabawia konwersacją.
A ja siedzę i czekam. W końcu z gabinetu wychodzi bardzo miła pani doktor. Przeprasza za spóźnienie i prosi o jeszcze chwilę cierpliwości.

Ale niesmak pozostaje. Zastanawiam się, jak to jest. Czy nowy klient to gorsza, mniej opłacalna kategoria? Korzystniej jest bazować na nielicznym gronie wiernych klientów niż stale poszerzać grupę odbiorców usług?
Nie zasłużyłam na kawę, ciastko, a nawet na uśmiech. Zapłaciłam i wyszłam. Więcej nie wrócę.