Kiosk przy gigantycznej Galerii Krakowskiej. Niedaleko przystanku autobusu jadącego we właściwą stronę. Zwykle kupuję tam bilety, bo choć uwielbiam automaty z dotykowym ekranem, ciągle mało ich w zasięgu, a jak już się zdarzą to gęsto zakolejkowane.
Wybieram więc pudełkowy kiosk, taki przed którym trzeba się zgiąć w pół, żeby zwerbalizowana potrzeba dotarła do zasiadającej w środku istoty ludzkiej.
Zwykle trafiam na starszego pana, który na moje „bilet poproszę” niezmiennie pyta: „A może gazetkę ładną do tego?”, względnie „Mam świeże, ładne gazetki, którą dać?”. Biorę goły, smętny bilet, bo mam alergię na ładne gazetki, ale rozczula mnie życzliwy uśmiech, naturalne, niewymuszone zagajenie, spojrzenie w oczy i miłego dnia na odchodne. Pan z kiosku zapewne nigdy nie był na szkoleniu z obsługi, a jednak intuicyjnie wie, jak trafić do klienta. Po prostu lubi kontakt z drugim człowiekiem. Jest sympatycznie, czuję się doceniona, zauważona w masie anonimowego tłumu. Nie potrzeba do tego wypasionych, zastrzeżonych technik z importu. To żadna wiedza tajemna.
Uśmiech nic nie kosztuje. I świetnie sprzedaje. Taki szczery i niewymuszony pakiet życzliwości dołączony do produktu to najlepsza sprzedaż wiązana.