środa, 30 listopada 2011

W czym mogę pomóc?

Będąca kiedyś przełomem w obsłudze klienta, kalka angielskiego "Can I help you?" na tyle wrosła w polską rzeczywistość handlową, że stała się niemal pustym, nic nie znaczącym zwrotem. Nie rzadko zbędnym i irytującym. Wariant, który atakuje nas z prawa i lewa brzmi najczęściej: "Czy mogę w czymś pomóc?". Tak, proszę sprawić, żebym była dwa razy młodsza i dwa razy bogatsza - usłyszałam kiedyś w recepcji jednego z krakowskich hoteli.
Zauważyłam, że niektórzy klienci już nawet nie reagują na tego typu zaczepkę, traktując ją jak brzęczenie uprzykrzonej muchy. Sprzedawca wtedy z ulgą oddala się na z góry upatrzoną pozycję, bo przecież zainteresował się, chciał być pomocny, a klient nie docenił.

A może tak trochę więcej kreatywności? Niedawno usłyszałam w sklepie obuwniczym: "Podać jakiś rozmiar? " a uśmiechnięta niewiasta w odzieżowym zagaiła" "Widzę, że ogląda pani różową bluzkę, mamy jeszcze sweterki w tym samym kolorze". Jaka miła odmiana. Ulżyło mi, że nie muszę ciągle odrzucać ofert pomocy.


wtorek, 29 listopada 2011

Nić w rzyć* czyli jak cię widzą…

Czy wiedza o tym, jaką bieliznę nosi sprzedawca jest klientowi do czegoś potrzebna? Może wpłynąć na jego decyzję o zakupie? Zweryfikować opinię o obsłudze?

Często bywa tak: rozmawiam z miłym sprzedawcą w scenerii wielopiętrowych półek, na których piętrzą się towary przeróżne. Pytam, dociekam, chcę zobaczyć i dotknąć. Okazuje się, że najniższa półka przy podłodze skrywa to, czego akurat szukam. I wtedy uczynny sprzedawca zgina się w pół, sięga ruchem nurkującym po z góry upatrzony przedmiot i … dupa. Blada, opalona, różnobarwnie owłosiona, bywa że naznaczona tatuażem. Czasem obleczona stringami. Bo jeśli zdarzy się wersja męska, luźne spodnie odkrywają niczym nie skrępowane szczegóły anatomiczne.

Nie potrzebuję takich wrażeń na zakupach choć wierzę, że wietrzenie czterech liter pod nosem klienta jest działaniem niezamierzonym. Jednak okazów do kolekcji ciągle przybywa. A wystarczy dłuższa koszulka, pasek, bardziej dopasowane jeansy. Nie trzeba wtedy przy każdym powrocie do pozycji wyprostowanej nadwyrężać barków i łokci, gdy ruchem poziomo-zygzakowatym przywracacie właściwe miejsce niesfornym tekstyliom (nazywam to syndromem kierowcy pekaesu: co jakiś czas wstaje zza kółka i podciąga spodnie, które osunęły się po spłaszczonych od siedzenia czterech literach).

Drodzy sprzedawcy – frontem do klienta a nie gołą pupą.

*określenie zapożyczone od cioci polonistki, miłośniczki regionalizmów, dla której fenomen stringów pozostaje kompletnie niezrozumiały