Czy wiedza o tym, jaką bieliznę nosi sprzedawca jest klientowi do czegoś potrzebna? Może wpłynąć na jego decyzję o zakupie? Zweryfikować opinię o obsłudze?
Często bywa tak: rozmawiam z miłym sprzedawcą w scenerii wielopiętrowych półek, na których piętrzą się towary przeróżne. Pytam, dociekam, chcę zobaczyć i dotknąć. Okazuje się, że najniższa półka przy podłodze skrywa to, czego akurat szukam. I wtedy uczynny sprzedawca zgina się w pół, sięga ruchem nurkującym po z góry upatrzony przedmiot i … dupa. Blada, opalona, różnobarwnie owłosiona, bywa że naznaczona tatuażem. Czasem obleczona stringami. Bo jeśli zdarzy się wersja męska, luźne spodnie odkrywają niczym nie skrępowane szczegóły anatomiczne.
Nie potrzebuję takich wrażeń na zakupach choć wierzę, że wietrzenie czterech liter pod nosem klienta jest działaniem niezamierzonym. Jednak okazów do kolekcji ciągle przybywa. A wystarczy dłuższa koszulka, pasek, bardziej dopasowane jeansy. Nie trzeba wtedy przy każdym powrocie do pozycji wyprostowanej nadwyrężać barków i łokci, gdy ruchem poziomo-zygzakowatym przywracacie właściwe miejsce niesfornym tekstyliom (nazywam to syndromem kierowcy pekaesu: co jakiś czas wstaje zza kółka i podciąga spodnie, które osunęły się po spłaszczonych od siedzenia czterech literach).
Drodzy sprzedawcy – frontem do klienta a nie gołą pupą.
*określenie zapożyczone od cioci polonistki, miłośniczki regionalizmów, dla której fenomen stringów pozostaje kompletnie niezrozumiały
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz